Lubuskie. Czy to wielkie ptaszysko znów będzie biegało po naszych polach? Naukowcy chcą przywrócić... dropia

Dariusz Chajewski
Dariusz Chajewski
Pani dropiowa jest znacznie skromniejsza od samca
Pani dropiowa jest znacznie skromniejsza od samca Leszek Jerzak
Owszem, przystojny niebywale, ale jednocześnie pstrokaty i ociężały. Stąd jego jedyną bronią jest... czujność. Dropie określane są mianem ptaków-kwiatów za sprawą pięknych piór, wielkich skrzydeł i strojnych ogonów. Do tego gabaryty. To największy ptak Europy i jeden z najcięższych ptaków, któremu udaje się oderwać od ziemi. Jego największym wrogiem był zawsze człowiek, który poznał się na jego wspaniałym mięsie. Nie przepadali za nim też rolnicy, oskarżając go o niszczenie upraw. Cóż, skowronek to to nie jest. O powrocie dropi na lubuskie pola rozmawiamy z przyrodnikami prof. Leszkiem Jerzakiem (uniwersytet Zielonogórski) oraz prof. Piotrem Tryjanowskim (Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu).

Umówiliśmy się na rozmowę o przywróceniu dropia, a panowie mi opowiadają o. krajobrazie rolniczym…

Prof. Piotr Tryjanowski: Bo i nie tylko o dropia tutaj chodzi. Z krajobrazem rolniczym mamy nie lada problem. Stworzony ręką człowieka jest przez niego teraz niszczony. Niekorzystne zmiany zachodzą dosłownie w ciągu ostatnich dekad. Zauważają to już nie tylko przyrodnicy, ale problem dociera do parlamentarzystów i brukselskich urzędników. Unia Europejska przyjęła niedawno Europejską Strategię Bioróżnorodności do 2030 roku pod nazwą „Przywracanie przyrody do naszego życia”. Jednym z głównych celów jest wzrost produkcji w systemie rolnictwa ekologicznego i zwiększenie liczby elementów krajobrazu rolniczego przyjaznego przyrodzie oraz zatrzymanie i odwrócenie trendu spadkowego populacji zapylaczy.

Ostatnio coraz więcej mówi się o… ekościemie. Czy to nie jest temat z tej serii? Czy jest to prawdziwy problem?

Prof. Leszek Jerzak: Dobrze nie jest, tak by można odpowiedzieć najprościej, choć należy podkreślić olbrzymie zróżnicowanie regionalne, w stopniu degradacji krajobrazu rolniczego. Intensyfikacja produkcji rolnej powoduje postępujące niekorzystne zmiany krajobrazu i wyraźny spadek różnorodności biologicznej.

Pola zamieniono w ogromne monokultury kukurydzy, rzepaku. Zwiększa się produkcję poprzez obfite korzystanie z nawozów sztucznych i pestycydów.

Powoduje to wymieranie m.in. owadów oraz brak miejsca do życia wielu gatunków zwierząt. To także jest niebezpieczne dla nas ludzi. Stosowana chemia, którą spożywamy w roślinach czy też w zwierzętach konsumujących te rośliny sprzyja zachorowaniom na nowotwory. Masowa produkcja powoduje, że w roślinach jest mniej mikroelementów niż przy tradycyjnej ekstensywnej uprawie. To trzeba zmienić zarówno dla naszego zdrowia, jak i dla zwiększenia bioróżnorodności.
P.T.: Wystarczy spojrzeć na liczby. W ciągu ostatnich 40 lat nowoczesnego rolnictwa z łąk i pól Europy zniknęła ponad połowa ptaków.

W Niemczech w ciągu ostatnich 15 lat na badanych tam powierzchniach próbnych zmniejszyła się biomasa owadów aż o ok. 75 proc.

Gwoli zachowania naukowej ścisłości, warto podkreślić, iż dyskusje trwają i daleko nam do rozstrzygnięcia sporu, czy to rzeczywiście owadzi Armagedon, jak chcieliby niektórzy, czy nasze niedoskonałe miary bioróżnorodności. Niewątpliwie mamy do czynienia z problemem drastycznego zmniejszania liczebności owadów zapylających. A przecież to właśnie dzięki nim, co roku w sadach pojawiają się owoce i to na nich opiera się produkcja rolna nasion i owoców.

Rozumiem, że świat małych poletek, z rozmaitymi uprawami bardziej przyrodzie pasował?

L.J.: W mocno przekształconym, uproszczonym krajobrazie, z polami po horyzont, bez drzew, oczek śródpolnych, a nawet drobnych miedz, też pojawiają się owady. Niestety najczęściej nie te, które lubimy. Na walkę z nimi poświęca się miliony euro, a stosowane do redukcji ich ilości pestycydy, stanowią nie lada problem, zauważany przez konsumentów.

Czy to przypadkiem nie jest jedynie nostalgia, tęsknota za obrazkami z dzieciństwa?

L.J. Przecież ten sielski obraz jest mocno wpisany w naszą kulturę i sztukę. Biorąc pod uwagę czynniki biologiczne, ale i kulturowe właśnie niejako konieczną staje się odbudowa ekosystemu krajobrazu rolniczego.

. Wszyscy na tym skorzystają. Potrzebne są lepsze bardziej przemyślane programy rolnośrodowiskowe i dofinansowanie rolnictwa ekologicznego.

Dzięki temu otrzymamy żywność lepszej jakości, a przyroda zwiększając różnorodność biologiczną, będzie sama trzymała w ryzach tzw. szkodniki.

No dobrze, mamy zatem wrócić do trzyhektarowych gospodarstw i chłoporobotników?

L. J.: Nie, mamy wrócić do zdrowego rozsądku i równowagi. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że mowa o pieniądzach. Tutaj naukowcy są zgodni. Odbudowa krajobrazu rolniczego to niezwykłe wyzwanie organizacyjne i finansowe. Najlepiej działa strategia małych kroków, we współpracy z mieszkańcami, rolnikami. Pokazując pozytywne przykłady działań.

Doświadczenia innych krajów wskazują, że całkiem nieźle sprawdza się strategia wykorzystania gatunków parasolowych.

Wybieramy gatunek dobrze rozpoznawany, najlepiej w miarę znany i lubiany, wokół niego koncentrujemy akcje naukowe, finansowe i społeczne, a liczymy na to, że dzięki ochronie spektakularnego obiektu i jego siedlisk, skorzystają setki innych, których nazwy nie kojarzą się praktycznie z niczym.

Kogo zatem wezwiemy na ratunek?

P.T.: Przez lata zajmowaliśmy się bocianem białym. Nadal go badanym i zauważamy, że jest na tyle pospolity, że nie wywołuje jakiś niezwykłych ekscytacji. Poza Polską pewnie tak, o czym świadczą programy ochrony w Szwecji, Szwajcarii czy Francji, gdzie w Alzacji bociek urósł do rangi lokalnego symbolu i atrakcji. U nas chyba musimy sięgnąć po coś bardziej egzotycznego. Egzotycznego, rzecz jasna wyłącznie z naszej dzisiejszej perspektywy. Ostatnio sporo rozmawiamy o pewnym pomyśle i oglądając obraz Józefa Chełmońskiego niemal jednocześnie wpadliśmy na pomysł, by był to drop.

To taki nasz struś? Jakieś 18 kg wagi, łeb na wysokości metra, rozpiętość skrzydeł 220-230 cm., ostatnio widziany u nas pod koniec minionego wieku?

L.J.: Dokładnie, chociaż porównanie ze strusiem niekonieczne, raczej porównałbym go z indorem. To gatunek, którego różnych metod ochrony i reintrodukcji imano się w naszym kraju. Niestety nieskutecznie.
Dlaczego nam miałoby się udać?
P.T.: Tak, wiemy, że to wysoko postawiona poprzeczka, lekko nie będzie, a potencjalne trudności można wymieniać punkt po punkcie. Jednak pójście na łatwiznę tutaj się nie sprawdzi. Kilka lat temu we wspólnej publikacji pokazaliśmy, że nie tylko nie należy, ale wręcz nie można kopiować wzorców ochrony bezczelnie kopiowanych z Europy zachodniej i staramy się tego konsekwentnie trzymać.

Krajobraz rolniczy świetnie podkreśla przecież kulturowy związek z ziemią, a kultura rolna w lokalny, specyficzny sposób oddziaływała na populacje tutejszych roślin i zwierząt. Między naukowcami wywiązuje się całkiem filozoficzna debata, a my wracamy do wspomnianego dropia.

Rozumiem, że kopiujemy obraz Chełmońskiego?

L.J.: Potencjalna reintrodukcja dropia to właśnie wspieranie ekstensywnego rolnictwa i próba stworzenia, a raczej odtworzenia wycinka krajobrazu rolniczego, w którym będzie mógł żyć, a z jego obecności skorzysta wiele innych gatunków. My – ludzie – na obszarach jego występowania postaramy się o prowadzenie bardziej zrównoważonego, ekologicznego, sposobu uprawy gleby, a w konsekwencji będziemy się cieszyć pokarmem wysokiej jakości.
Brzmi to… malowniczo
P.T.: I prosto. Ale przecież drop wyginął z jakiś przyczyn i odtworzenie populacji to nie wyłącznie wpuszczenie kilku osobników i cieszenie się ich widokiem – o patrzcie jakie piękne ptaki. Tak, może i to zadziała terapeutycznie (uśmiecha się prof. Tryjanowski, autor koncepcji terapeutycznej ornitologii – dop. Red), ale tutaj ten medyczny związek, choćby poprzez wspomnianą jakość żywności jest dużo głębszy. By dropiowi się udało do nas wrócić potrzebny jest solidny plan pomocy. Powinien on obejmować także kontrolę liczebności drapieżników, przede wszystkim coraz liczniejszego lisa polującego na jaja i młode dropie.

Rolnicy pewnie zadowoleni nie będą, drop uchodzi za szkodnika. Gdzie można sojuszników?

L.J.: Tym pomysłem zainteresował się chociażby Polski Związek Łowiecki, który przygotowuje się do uruchomienia wielkiego projektu reintrodukcji dropia w Polsce. Wiem, to dziwny sojusznik, ale wszystkie ręce na pokład. Przykład innych krajów – Czech, Anglii czy Szwecji - pokazują, że taka współpraca jest nie tylko możliwa, ale to dobry sojusz w imię ochrony krajobrazu rolniczego.

Warto by jeszcze zaprosić producentów zdrowej żywności, organizacje konsumencie, a nawet osoby zajmujące się dziedzictwem kulturowym. Wartość krajobrazu kulturowego, a więc także i rolniczego, ma zdecydowanie wieloaspektowy charakter.

Czasu i zdobyczy technologicznych nie cofniemy, tym niemniej wykorzystanie walorów terenów rolniczych w innych celach niż wyłącznie produkcja żywności – stanowi potrzebę chwili. To paradoks, że musimy się cofnąć do czasów babć i dziadków, dla których to było oczywistością.

To znów czuć Chełmońskim. Jednak, czy nie jest to jedynie idea przyrodników- marzycieli?

P.T.: Pomysł z dropiem wydaje się coraz bardziej realny. Dla realizacji celów Europejskiej Strategii na rzecz Bioróżnorodności 2030 Unia Europejska planuje przeznaczać rocznie 20 mld euro. Te pieniądze trzeba rozsądnie wydać.

Jedne z takich pierwszych miejsc, które w Polsce spełniają wstępne warunki dla reintrodukcji dropia znajdują się w województwie lubuskim i zachodniopomorskim.

L.J.: Warto i zauważyć inny aspekt. W miejscach, gdzie prowadzone są podobne projekty w Europie (np. Brandenburgia, Anglia, Hiszpania, Węgry) doskonale rozwija się agroturystyka. Ornitolodzy amatorzy lubiący oglądać i fotografować dropie to często zamożni klienci. Zabierają rodziny i znajomych. Lubią dobrze i zdrowo zjeść, a przy okazji kupują pamiątki i promują lokalne produkty rolnicze. Może uda się i u nas?

Warto wiedzieć:

Wielki, trudny i wymagający w hodowli, o skomplikowanej strukturze społecznej. Drop długo dojrzewa, jest nadzwyczaj płochliwy i wrażliwy. Zagrożony wyginięciem w skali całego globu. Rozmnażanie dropi to proces niezwykle skomplikowany - wymaga odkrytych terenów, z niską roślinnością, z dala od lasu. W zagłębieniu terenu składa tylko dwa jaja, z których wylęgają się młode. Jaja, jak i pisklęta stanowią łatwy łup dla wszystkich drapieżników. Przynajmniej w odniesieniu do samców natura absolutnie nie zadbała o maskowanie. Owszem, przystojny niebywale, ale jednocześnie pstrokaty i ociężały. Stąd jego jedyną bronią jest... czujność. Dropie określane są mianem ptaków-kwiatów za sprawą pięknych piór, wielkich skrzydeł i strojnych ogonów. Do tego gabaryty. To największy ptak Europy i jeden z najcięższych ptaków, któremu udaje się oderwać od ziemi. Jego największym wrogiem był zawsze człowiek, który poznał się na jego wspaniałym mięsie. Nie przepadali za nim też rolnicy, oskarżając go o niszczenie upraw. Cóż, skowronek to to nie jest.

Astronauci amatorzy polecieli w kosmos

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie